


Adam Dylus /Jezus.com.pl
„Rodzice Jezusa chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy. Gdy miał lat dwanaście, udali się tam zwyczajem świątecznym. Kiedy wracali po skończonych uroczystościach, został Jezus w Jerozolimie, a tego nie zauważyli Jego Rodzice. Przypuszczając, że jest w towarzystwie pątników, uszli dzień drogi i szukali Go wśród krewnych i znajomych. Gdy Go nie znaleźli, wrócili do Jerozolimy szukając Go. Dopiero po trzech dniach odnaleźli Go w świątyni, gdzie siedział między nauczycielami, przysłuchiwał się im i zadawał pytania. Wszyscy zaś, którzy Go słuchali, byli zdumieni bystrością Jego umysłu i odpowiedziami. Na ten widok zdziwili się bardzo, a Jego Matka rzekła do Niego: Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie. Lecz On im odpowiedział: Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca? Oni jednak nie zrozumieli tego, co im powiedział. Potem poszedł z nimi i wrócił do Nazaretu; i był im poddany. A Matka Jego chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu. Jezus zaś czynił postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi” (Łk 2,41-52)
Co tak mocno ciągnęło Jezusa do świątyni jerozolimskiej? Co sprawiło, że zdecydował się pozostać wśród nauczycieli i mimo młodego wieku podjąć dyskusję z nimi, mimo, że sprawiło to tyle bólu poszukującym Go rodzicom?
Jezus sam odpowiada na to pytanie w przeczytanym przed chwilą fragmencie Ewangelii: „Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?”.
Patrząc na wybór jakiego dokonał Jezus, czasami zadaję sobie pytanie o nasze wybory. Być może, w szerokiej przenośni, można by zaryzykować stwierdzenie, że cała rzeczywistość świata duchowego dzieli się na dwie sfery: dom Ojca i Królestwo Ciemności. Każdy z nas jest więc nieustannie stawiany wobec wyboru: pozostawać na zewnątrz, czy znaleźć się w domu kochającego Boga.
Zarysowany przeze mnie podział znajduje niejako odzwierciedlenie w innych fragmentach Nowego Testamentu. Św. Jan przypomina na przykład w swoim liście: „Nie miłujcie świata ani tego, co jest na świecie! Jeśli kto miłuje świat, nie ma w nim miłości Ojca. Wszystko bowiem, co jest na świecie, a więc: pożądliwość ciała, pożądliwość oczu i pycha tego życia nie pochodzi od Ojca, lecz od świata. Świat zaś przemija, a z nim jego pożądliwość; kto zaś wypełnia wolę Bożą, ten trwa na wieki” (1 J 2,15-17). W Apokalipsie znajdujemy zaś ostrzeżenie, że: „na zewnątrz są psy, guślarze, rozpustnicy, zabójcy, bałwochwalcy i każdy, kto kłamstwo kocha i nim żyje” (Ap 22,15).
W takim kontekście koniecznie trzeba postawić sobie pytanie: w jakim miejscu ja się znajduję? Czy jestem wewnątrz domu Ojca, czy raczej szukam swojego szczęścia na zewnątrz. Nie chodzi tu bynajmniej o to, aby całymi dniami przesiadywać w kościele i odizolować się od wszelkich zewnętrznych bodźców. „Bóg (bowiem) jest duchem i prawdziwi czciciele oddają Mu cześć w Duchu i prawdzie (por. J 4,24). Czy jednak moje (Twoje) życie znajduje się pod ochroną Ojca, w Jego duchowym domu, w miejscu w którym możemy się ogrzać Jego łaską?
Wydaje mi się, że natura współczesnego człowieka „wyciąga go” na różnego typu spacery i zwiedzanie okolic. Z jednej strony dobrze czujemy się w ciepełku i komforcie bezpiecznego Bożego domu, w którym zawsze znajdziemy miłość i uznanie, z drugiej jednak, jakoś dziwnie pragniemy dreszczyku emocji nieposłuszeństwa i zakosztowania niebezpiecznych przygód w ciemności panującej na zewnątrz, ciemności dominującej w królestwie Szatana. Obawiam się jednak, że nasze poszukiwania szczęścia na zewnątrz, są czasami zbyt intensywne i prowadzą do różnych przykrych niespodzianek, tym bardziej, że mroki panujące w świecie Złego Ducha zawsze mogą spowodować, że ulegniemy jakiemuś „wypadkowi” (nie chodzi tu oczywiście o złamanie ręki, czy nogi, ale być może, złamanie duchowego kręgosłupa, co może skutkować paraliżem całej naszej sfery duchowej i „posadzeniem nas na wózku” popychanym w dowolną stronę przez Szatana i Jego demony).
Aby nie znaleźć się w tak beznadziejnej sytuacji, koniecznie trzeba wejść w jeszcze bardziej zażyły i ścisły kontakt z Bogiem. Koniecznie trzeba pogłębiać naszą synowską więź z kochającym nas Ojcem i z jeszcze większą czułością i troską zadbać o nasze miejsce w Jego domu. Nasz Pan, niezależnie od naszych wycieczek, zawsze rezerwuje dla każdego z nas indywidualne i niepowtarzalne miejsce i nawet podczas naszej „nieobecności” nie pozwoli, aby ktokolwiek na nim zasiadł. Jeśli tylko zdecydujemy się wrócić, On otworzy szeroko swoje ramiona, przygarnie nas do siebie, rozgrzeje zziębniętych wędrowców ogniem Ducha Świętego i pozwoli rozkoszować się w cieple Jego łaski.