


Adam Dylus /Jezus.com.pl
„Jezus odprawił tłumy i wrócił do domu. Tam przystąpili do Niego uczniowie i prosili Go: Wyjaśnij nam przypowieść o chwaście! On odpowiedział: Tym, który sieje dobre nasienie, jest Syn Człowieczy. Rolą jest świat, dobrym nasieniem są synowie królestwa, chwastem zaś synowie Złego. Nieprzyjacielem, który posiał chwast, jest diabeł; żniwem jest koniec świata, a żeńcami są aniołowie. Jak więc zbiera się chwast i spala ogniem, tak będzie przy końcu świata. Syn Człowieczy pośle aniołów swoich: ci zbiorą z Jego królestwa wszystkie zgorszenia i tych, którzy dopuszczają się nieprawości, i wrzucą ich w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Wtedy sprawiedliwi jaśnieć będą jak słońce w królestwie Ojca swego. Kto ma uszy, niechaj słucha!” (Mt 13,36-43)
Czytając dzisiejszy fragment ewangeliczny, kolejny raz spotykamy się z obrazem - porównaniem. Tym razem nasz Mistrz posługuje się symbolem zasiewu dobrego ziarna i chwastu.
Co ciekawe, w przytoczonym powyżej fragmencie Ewangelicznym Jezus porównuje świat do gleby, która po prostu… przyjmuje i umożliwia wzrost jedynie tego, co jest w niej zasiane. Patrząc na tak postawione zagadnienie, można chyba powiedzieć, że jeśli Bóg i Szatan sieją swoje ziarna na glebie świata, jest pewne, że wzejdą one i będą przynosić taki owoc, jakiego spodziewają się siewcy.
Dlatego wydaje mi się, że tak ważne jest obserwowanie tego, co jest siane.
W ubiegłym roku prasa polska szeroko donosiła o „tournee jakie odbyli w Polsce dwaj działacze gejowscy z USA, podający się za katolików. W mediach szeroko komentowano fakt, że obaj panowie mają (rzekomo) katolicki ślub; przytaczano opowieści o powstaniu kabaretowego wyznania gejowskiego, czyli Wolnego Kościoła Reformowanego Szymona Niemca czy komentarz Piotra Pacewicza, który nie tyle potępia nie najlepszą lekcję katechezy w jednej ze szczecińskich szkół, ile nauczanie katechizmu Kościoła katolickiego, które uznaje za „problem nas wszystkich”.
Niestety, takie i podobne wydarzenia są dopiero początkiem ofensywy gejowskich lobbystów w sferze religii. Ich celem zaś, wbrew temu, co deklarują, wcale nie jest większa tolerancja dla ich przypadłości, ale całkowita akceptacja aktów homoseksualnych, błogosławienie związków osób tej samej płci, a także włączenie się chrześcijaństwa (w Polsce konkretniej katolicyzmu) w walkę o przywileje dla osób i par homoseksualnych.
Cel ten zresztą w wielu krajach i w odniesieniu do wielu wspólnot chrześcijańskich udało się już osiągnąć. Kościół Episkopalny Stanów Zjednoczonych na biskupa wyświęcił człowieka, który porzucił żonę i dzieci i związał się z mężczyzną - i dopiero to wywołało skandal, bo ordynowanie na księży homoseksualistów jest tu absolutnie normalne i nikt z tym nie dyskutuje. Podobnie jest u szwedzkich luteranów. Zjednoczony Kościół Chrystusa (największe wyznanie tradycji kongregacjonalistycznej w Stanach Zjednoczonych) nie tylko błogosławi związki osób tej samej płci, ordynuje na pastorów działaczy gejowskich, ale także wydaje oświadczenia, w których apeluje do władz federalnych i stanowych o przywileje podatkowe i prawne dla par homoseksualnych. Na błogosławienie związków osób tej samej płci zgodzili się także szwajcarscy starokatolicy. Listę tę można ciągnąć jeszcze długo.
Proces stopniowego rozmywania chrześcijańskiej moralności w dziedzinie seksualnej zwykle zaczyna się od promowania (całkowicie zrozumiałego i akceptowalnego) większego zrozumienia tolerancji dla osób homoseksualnych i ich związków. Odbywa się to zazwyczaj w atmosferze wezwań do mocniejszej akceptacji chrystusowego przykazania miłości; do odkrywania afirmującego oblicza chrześcijaństwa, a przynajmniej odrzucenia agresji i niechęci wobec inności.
Zasmuceni panowie (i panie) opowiadają, jak zostali skrzywdzeni przez odrzucenie ich przez własne wspólnoty religijne, jak mocno czuli się dotknięci, i zapewniają, że pełne bezpieczeństwo może im dać tylko całkowite równouprawnienie ze związkami heteroseksualnymi. A dokładniej, jak wskazuje jeden z teologów protestanckich Andrew G. Lang, uznanie, że ich styl życia ma coś szczególnego do zaoferowania Kościołowi i światu. Później nadchodzi czas na budzenie poczucia winy i współczucia. Przypomina się wszystkie domniemane i rzeczywiste prześladowania homoseksualistów (z hitlerowskimi na czele) i ściśle wiąże się je z nauczaniem Kościołów w tej sprawie. Konsekwencją przyjęcia takiej postawy jest zaś niemal nieodmiennie oskarżenie wszystkich wiernych tradycyjnej chrześcijańskiej moralności o hołdowanie nazistowskim przesądom, zdradę ewangelicznej miłości, a niekiedy nawet prześladowanie mniejszości seksualnych (Tomasz P. Terlikowski, Żywoty świętych gejów, Rzeczpospolita z dnia 14.04.2008 r.)
Czytając fragmenty przytoczonego powyżej artykuły, wydaje mi się, że presja wywierana na Kościół, ma na celu przede wszystkim zaprzęgnięcie jego autorytetu i skłonienie go do zaakceptowania związków gejowskich czy lesbijskich, może właśnie dlatego, że związki takie nigdy nie miały (i nie będą miały) żadnego własnego autorytetu. Gdyby udało się to osiągnąć, zatrute ziarna powoli mogłyby wschodzić na glebie tego świata, który, jako gleba, niestety, nie ma „przyrodzonych zdolności” do rozróżniania tego co dobre, a co złe.
Cieszę się bardzo, że Kościół wierny nauczaniu swojego Pana opiera się skutecznie tego rodzaju naciskom. Myślę, że nie tylko w niebie, ale już tu, na ziemi, sprawiedliwi muszą jaśnieć jak słońce, aby oświetlać drogę dla tych, którzy trwają w cieniu grzechu.