


Adam Dylus /Jezus.com.pl
„Jezus ukazawszy się Jedenastu rzekł do nich: Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony. Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie. Po rozmowie z nimi Pan Jezus został wzięty do nieba i zasiadł po prawicy Boga. Oni zaś poszli i głosili Ewangelię wszędzie, a Pan współdziałał z nimi i potwierdził naukę znakami, które jej towarzyszyły” (Mk 16,15-20)
Czytając różne komentarze biblijne do przytoczonego dzisiaj fragmentu ewangelicznego byłem zdumiony rozważaniami pojawiającymi się w książkach teologów reprezentujących różne kościoły.
Jedni podkreślają bowiem, że najważniejsze jest uwierzyć Jezusowi. Kto bowiem nie zawierzy Panu swojego życia, niezależnie nawet od tego czy później zdecyduje się na chrzest, i tak nie będzie zbawiony, ponieważ chrzest sam w sobie nie ma mocy zbawczej. Inni natomiast bardzo wyraźnie podkreślają, że najważniejszy jest sam chrzest otwierający jakby bramy do wiary, a co za tym idzie również zbawienia w Jezusie Chrystusie.
Dokładne przestudiowanie wyżej wymienionego fragmentu przynosi jednak chyba inny wniosek: obie rzeczywistości: wiara i chrzest są ze sobą nierozdzielnie związane.
Tak zresztą naucza również Katechizm Kościoła Katolickiego: „Chrzest jest sakramentem wiary. Wiara jednak potrzebuje wspólnoty wierzących. Każdy wierny może wierzyć jedynie w wierze Kościoła”. Wiara wymagana do chrztu nie jest wiarą doskonałą i dojrzałą, ale zaczątkiem, który ma się rozwijać. Gdy katechumeni lub rodzice chrzestni słyszą skierowane do siebie pytanie: "O co prosicie Kościół Boży?", odpowiadają: "O wiarę!"
U wszystkich ochrzczonych, dzieci i dorosłych, po chrzcie wiara powinna wzrastać. Dlatego co roku podczas Wigilii Paschalnej Kościół celebruje odnowienie przyrzeczeń chrztu. Przygotowanie do chrztu stawia człowieka jedynie na progu nowego życia. Chrzest jest źródłem nowego życia w Chrystusie; z niego wypływa całe życie chrześcijańskie.
Aby mogła rozwijać się łaska chrztu, potrzebna jest pomoc rodziców. Na tym polega także rola rodziców chrzestnych, którzy powinni być głęboko wierzący, a także zdolni i gotowi służyć pomocą nowo ochrzczonemu, zarówno dziecku, jak dorosłemu, na drodze życia chrześcijańskiego. Ich misja jest prawdziwą funkcją eklezjalną (officium). Cała wspólnota eklezjalna ponosi częściowo odpowiedzialność za rozwój i zachowywanie łaski otrzymanej na chrzcie” (Katechizm Kościoła Katolickiego paragrafy 1253 - 1255)
Co chrzcząc raczej dzieci a nie dorosłych, w szczególny sposób pokazuje się darmowość łaski zbawienia (por. KKK 1250).
O ile powyższe wyjaśnienia pokazują relację między wiarą i chrztem w sposób dość jasny, o tyle wciąż rodzi się dyskusja nad dalszym fragmentem Ewangelii, który zapowiada niesamowite rzeczy, jakie powinny cechować tych, którzy uwierzą. Im bowiem powinny towarzyszyć następujące znaki: „w imię Jezusa powinni wyrzucać złe duchy, powinni mówić nowymi językami; powinni bez szkody brać do swoich rąk węże i nie przejmować się, nawet wtedy, jeśliby coś zatrutego wypili. Wierzący w Jezusa powinni wreszcie kłaść ręce na chorych, a ci powinni wtedy odzyskać zdrowie.
Niestety, tu już pojawia się pewien problem.
Owszem, akurat mam to szczęście, że dość często obserwuję sytuacje o jakich mówił Jezus. Widziałem wielokrotnie jak na dźwięk imienia Jezusa złe duchy manifestują swoją obecność, ale później ponoszą sromotną porażkę i muszą opuścić człowieka. Widziałem wielokrotnie ludzi, którzy prorokują, mówią różnymi językami, widziałem wreszcie ludzi uzdrawianych mocą Jezusa po nałożeniu rąk prezbiterów lub/i braci i sióstr.
Niestety nie jest to doświadczenie powszechne. Dlatego też osoby niewierzące czy wręcz wrogo nastawione do Kościoła, zarzucają chrześcijanom, że są niewiarygodni, a słowa Jezusa traktują jak bajki.
Może chociażby z tego powodu każdy z nas powinien się modlić, aby jego wiara była chociażby tak mała, jak ziarnko gorczycy. Oczywiście nie po to, aby przesuwać góry (por. Mt 17,20), czy przesadzać drzewa z korzeniami (por. Łk 17,6), nie po to, aby pokazywać jakieś magiczne sztuczki, ale chociażby po to, aby wypełniać Boże obietnice, potwierdzać prawdę słowa Bożego i przez to przynosić Panu chwałę...