


Adam Dylus /Jezus.com.pl
„Gdy tłum został nasycony, zaraz Jezus przynaglił uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, zanim odprawi tłumy. Gdy to uczynił, wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał. Łódź zaś była już sporo stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny. Lecz o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze. Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się myśląc, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli. Jezus zaraz przemówił do nich: Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się! Na to odezwał się Piotr: Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie! A On rzekł: Przyjdź! Piotr wyszedł z łodzi, i krocząc po wodzie, przyszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: Panie, ratuj mnie! Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc: Czemu zwątpiłeś, małej wiary? Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył. Ci zaś, którzy byli w łodzi, upadli przed Nim, mówiąc: Prawdziwie jesteś Synem Bożym” (Mt 14,22-33)
Obserwując rzeczywistość współczesnego świata, mam wrażenie, że wszystko toczy się w jakimś szaleńczym pędzie. Media co chwila donoszą o nowych katastrofach, trzęsieniach ziemi czy wypadkach, a kolorowa prasa brukowa wręcz prześciga się w szukaniu taniej sensacji (na przykład relacjonując historie rozpadów kolejnych małżeństw słynnych ludzi i przekazując plotki o ich nowych związkach). Każdy z nas, w pewien sposób, jest wciągnięty w ten szaleńczy pęd codzienności, domagający się od nas „wyprucia żył” i poświęcenia w zakresie zdobywania kolejnych stopni naukowych, awansu zawodowego itp. W dodatku, patrząc na otaczającą nas rzeczywistość często można odnieś wrażenie, że niesamowicie dynamiczne procesy jakie zachodzą w polityce, prawie i życiu społecznym skutecznie (i bardzo szybko) podważają dotychczasowe zasady i pryncypia na jakich opierało się dotychczas nasze życie. To co wydawało się do tej pory nienaruszalne (małżeństwo, rodzina, niektóre zasady życia społecznego), dla niektórych środowisk okazuje się obecnie mocno dyskusyjne, a co za tym idzie - podważalne i zmienne.
Niestety, patrząc na to wszystko, wydaje mi się, że mimo wprowadzanych zmian i coraz większej wolności, ludzie raczej nie są bardziej szczęśliwi. Wręcz przeciwnie: całe to zamieszanie, jakie panuje w świecie wokół nas, negatywnie wpływa na nasze samopoczucie. Nie tak dawno rozmawiałem telefonicznie z moją znajomą, z którą nie słyszałem się już od wielu lat. Okazało się, że od czasu naszego ostatniego spotkania w jej życiu zaszło sporo zmian: ona sama zaczęła robić szybką karierę zawodową (kończąc kolejne studia podyplomowe), a jej dzieci dostały się do renomowanych szkół, w których dzięki intensywnemu (i finansowemu) wsparciu rodziców, osiągnęły wspaniałe wyniki otwierające im ścieżkę wspaniałej kariery naukowej. A jednak, moja znajoma, czasie rozmowy telefonicznej przyznała, że te wszystkie swoje starania i poświęcenie okupiła nerwicą serca i innymi poważnymi dolegliwościami, wymagającymi teraz stałego leczenia farmakologicznego.
Może zapytasz, Droga Przyjaciółko, Drogi Przyjacielu, dlaczego piszę o tych wszystkich problemach w kontekście dzisiejszej Ewangelii?
Wydaje mi się jednak, że dzisiejszy fragment biblijny przychodzi z pomocą w rozwiązaniu ludzkich problemów. Pokazuje bowiem Jezusa, który potrafi zapanować nad najstraszniejszymi wichurami i burzami. Pokazuje Jezusa, który zajmując miejsce między apostołami sprawia, że naraz nastaje cisza i pokój. Ten fragment przypomina, że nasz Bóg „nie jest Bogiem zamieszania, lecz pokoju” (1 Kor 14,33)
Powiedziałbym, że przytoczony wyżej fragment Ewangelii wg Św. Mateusza, doskonale współgra z przeczytanym dzisiaj w pierwszym czytaniu opisem spotkania Eliasza z Bogiem na świętej górze Horeb: „Gdy Eliasz przybył do Bożej góry Horeb, wszedł do pewnej groty, gdzie przenocował. Wtedy Pan skierował do niego słowo i przemówił: Wyjdź, aby stanąć na górze wobec Pana! A oto Pan przechodził. Gwałtowna wichura rozwalająca góry i druzgocąca skały [szła] przed Panem; ale Pan nie był w wichurze. A po wichurze - trzęsienie ziemi: Pan nie był w trzęsieniu ziemi. Po trzęsieniu ziemi powstał ogień: Pan nie był w ogniu. A po tym ogniu - szmer łagodnego powiewu. Kiedy tylko Eliasz go usłyszał, zasłoniwszy twarz płaszczem, wyszedł i stanął przy wejściu do groty” (1 Krl 19,9a.11-13)
Myśląc o spotkaniu Jezusa z uczniami, a także rozważając spotkanie Eliasza z Bogiem, tęsknię za doświadczeniem tak wielkiego pokoju, jakiego doświadczyli ci ludzie. Ten pokój pojawia się wszędzie tam, gdzie jest Bóg. Ten pokój Boży, wyrażony hebrajskim „Szalom”, nie oznacza jedynie, tak jak w języku polskim, braku konfliktów, ale przede wszystkim wewnętrzną harmonię. „Szalom”, przewyższa jakiekolwiek nasze zrozumienie i oczekiwanie.
Tym pokojem - „Szalom” obdarza tylko Jezus: „Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze ani się lęka” (J 14,27)