


Adam Dylus /Jezus.com.pl
„Pewnego razu, gdy Jezus przechodził w szabat wśród zbóż, uczniowie Jego zaczęli po drodze zrywać kłosy. Na to faryzeusze rzekli do Niego: Patrz, czemu oni robią w szabat to, czego nie wolno? On im odpowiedział: Czy nigdy nie czytaliście, co uczynił Dawid, kiedy znalazł się w potrzebie, i był głodny on i jego towarzysze? Jak wszedł do domu Bożego za Abiatara, najwyższego kapłana, i jadł chleby pokładne, które tylko kapłanom jeść wolno; i dał również swoim towarzyszom. I dodał: To szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu. Zatem Syn Człowieczy jest panem szabatu” (Mk 2,23-28)
Dzisiejszy tekst ewangeliczny (zresztą podobnie jak czytane w ostatnich dniach) opisuje początkowy okres sporów jakie rozgorzały 2000 lat temu w łonie... judaizmu. Oto bowiem po setkach lat, w czasie których utrwaliły się ważniejsze lub mniej ważne przepisy i zasady postępowania w różnych sytuacjach, na Ziemi Izraela pojawił się Ktoś, kto próbował zmusić faryzeuszów do odważnego spojrzenia na te naleciałości, które czasami, niezgodnie z Bożą wizją, obracały się przeciw dobru człowieka lub nawet uwłaczały zdrowemu rozsądkowi...
Ostatnie czytania przypominały nam o uzdrowieniu sparaliżowanego człowieka (przez odpuszczenie jego grzechów), o powołaniu grzesznego Lewiego, o sprawie postów, których nie zachowują uczniowie Jezusa „dopóki Pan młody jest w nimi”...
Również w dzisiejszym fragmencie ewangelicznym mamy szansę zapoznać się ze stanowiskiem Jezusa, jakie zajął w sprawie swoich uczniów teoretycznie „łamiących” prawo szabatu (zresztą nie tyle przez zrywanie kłosów, ile przez ich rozgniatanie w celu wyłuskania ziarna, co uważane było za wykonywanie pracy zabronionej w szabat).
Gdyby jednak z uwagą przyjrzeć się czytanym ostatnio fragmentom ewangelicznym, na pierwszy plan wybijają się w nich wypowiedzi Jezusa, który wobec faryzeuszów nie tylko jasno określał swoją misję („nie przyszedł powołać sprawiedliwych, ale grzeszników”), ale występował jako Syn Boży i Najwyższy Prawodawca („Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów”, „Syn Człowieczy jest panem szabatu”).
No właśnie!
Kiedy patrzę na współczesny świat, nie można w nim dostrzec jakiegoś zewnętrznego, ostatecznego autorytetu, który byłby niezmiennym odniesieniem dla wszystkich spraw. Wydaje mi się, że jest wręcz przeciwnie. Współczesne demokracje (szczególnie europejskie) popełniają pewien, bardzo poważny, błąd. Od czasów Rewolucji Francuskiej (1789), wyrosłej na filozofii świeckiego humanizmu, ostatecznym autorytetem w sprawach funkcjonowania państwa i moralności społecznej stał się... człowiek.
Co gorsza - taka nauka przenika czasem również do Kościoła.
Nie tak dawno (11.01.2009 r.), dziennik „Rzeczpospolita” opublikował korespondencję p. Anny Isaksson z ze Sztokholmu, pod znaczącym tytułem: „Gest luteran wobec gejów i lesbijek”. Jak można dowiedzieć się z artykułu: „Wyeliminowanie (w liturgii) słowa „małżeństwo” ma ułatwić udzielanie błogosławieństwa osobom tej samej płci. Nowe zasady będą obowiązywać zarówno pary hetero-, jak i homoseksualne. Pojęcie małżeństwa w ogóle nie znajdzie się w czytanym przez pastora tekście liturgicznym. Słowa „zawarliście małżeństwo” zostaną zastąpione: „Teraz jesteście małżonkami”.
Przewidywane są również inne zmiany. Sformułowanie: „małżeństwo jest darem Bożym, ustanowionym dla zachowania społeczeństwa” ma być zastąpione przez: „miłość ma swoje źródło w Bogu. Zdolność kochania jest darem Bożym dla człowieka”.
Propozycje te władze Kościoła luterańskiego Szwecji rozpatrzą dziś.
Potem zaopiniują je Komisja ds. Nauki i parafie. Ostateczna decyzja zostanie podjęta jesienią tego roku na synodzie Kościoła luterańskiego. W sobotnim wywiadzie dla szwedzkiego programu radiowego Ekot arcybiskup Anders Wejryd wyraził przekonanie, że synod zaakceptuje nową formułę. – Jesienią dzwony kościelne będą dzwoniły nawet na śluby par homoseksualnych – powiedział. Arcybiskup zastrzegł jednak, że nie można będzie zmuszać pastorów do udzielania ślubów osobom tej samej płci” (Anna Isaksson, Gest luteran wobec gejów i lesbijek, Rzeczpospolita z dnia 11.01.2009 r.)
Jeśli jednak człowiek stanie się ostatecznym odniesieniem do wszystkich problemów, obawiam się, że nasza cywilizacja szybko doprowadzi się do samozagłady. Jak bowiem pogodzić interesy grup społecznych, narodowych, a nawet rozbieżne zdania między rodzicami a dziećmi?
Dzisiejsza Ewangelia przypomina nam jasno, że ostatecznym fundamentem, bez którego nie można w ogóle marzyć o zbudowaniu solidnego i szczęśliwego domu (zarówno w wymiarze rodzinnym jak i państwowym) jest odniesienie wszystkiego do najdoskonalszego Prawa Bożego interpretowanego i wyjaśnianego nieomylnie przez Syna Bożego. „Fundamentu bowiem nikt nie może położyć innego, jak ten, który jest położony, a którym jest Jezus Chrystus” (1 Kor 3,11). Ten zaś kto być może nawet słucha Jezusa, a nie wypełnia Jego wskazań, „podobny jest do człowieka, który zbudował dom na ziemi bez fundamentu. [Gdy] potok uderzył w niego, od razu runął, a upadek jego był wielki” (por. Łk 6,49).