


Adam Dylus /Jezus.com.pl
„Jezus powiedział do swoich uczniów: Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął. Chrzest mam przyjąć i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie. Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. Odtąd bowiem pięcioro będzie rozdwojonych w jednym domu: troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu; ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce; teściowa przeciw synowej, a synowa przeciw teściowej” (Łk 12,49-53)
Czytając dzisiejszą Ewangelię, powracają do mnie niektóre sceny spektaklu ewangelizacyjnego BRAMY NIEBA I PŁOMIENIE PIEKŁA. Prawie w każdej z nich można zaobserwować trudne sytuacje, z jakimi muszą się zmierzyć osoby powierzający swoje życie Jezusowi Chrystusowi. Ich decyzja jest często niezrozumiana przez najbliższych. Mimo różnych wyjaśnień i zachęt ze strony wierzących, mimo przekonywania różnymi argumentami, ich mężowie, ojcowie, matki czy przyjaciele, nie zawsze chcą pójść w ich ślady. Niestety, w momencie śmierci, każdy z nich musi stanąć oko w oko z rzeczywistością wiecznego zbawienia lub potępienia. Ze szczególnym rozdarciem widzowie oglądają na przykład scenę, w której córka i matka giną w wypadku samochodowym. Córka, która świadomie zadeklarowała swoją przynależność do Chrystusa idzie do nieba, a matka, tylokrotnie zapraszana przez córkę do przyjścia do kościoła, ale wciąż „wykręcająca się” i zajęta tysiącem innych problemów musi... iść do piekła.
Wydaje mi się, że dzisiejsza Ewangelia przypomina o pewnej, bardzo ważnej rzeczywistości. Do nieba nie można dostać się przez zasługi tych czy innych osób. Nie można tam wejść dzięki znajomościom, czy przynależności do jakiejś zasłużonej rodziny. Nie można tylko bazować na wyblakłym wpisie znajdującym się w przykurzonej księdze chrztu lub na pamiątkowym obrazku wiszącym gdzieś nad łóżkiem. Każdy z nas musi osobiście zdeklarować swoją wiarę.
A jest z tym w naszym kraju pewien problem...
Przypomina mi się w tym kontekście akcja ewangelizacyjna jaką mieliśmy możliwość prowadzić w czasie jednego z wielkich festiwali chrześcijańskich. W czasie tej ewangelizacji staraliśmy się podejmować rozmowy z każdą osobą przychodzącą na koncerty czy przedstawienia. Przy okazji prowadziliśmy anonimową ankietę dotyczącą różnych spraw życiowych, w tym również „kondycji” życia duchowego. Często, kiedy zadawaliśmy pytanie o osobistą relację z Jezusem, mogliśmy usłyszeć ciekawe odpowiedzi, na przykład: „No... Jest dobrze...”, „Śpiewam w chórze kościelnym...”, „U mojej mamy na obiedzie był sam biskup” albo „Mój brat jest księdzem”...
Wydaje mi się, że wiele takich odpowiedzi, które wówczas odnotowaliśmy, może wskazywać na istnienie pewnego poważnego problemu, który, być może, wymaga podjęcia jakiegoś działania duszpasterskiego. Wciąż bowiem wielu ludzi nie za bardzo wie, co to znaczy wierzyć i mieć osobistą relację z Jezusem. Jak wynika z zebranych wypowiedzi, wielu z nich wciąż pokłada nadzieję w jakichś zewnętrznych okolicznościach. Brak jednak solidnego fundamentu, jakim jest osobista więź z Jezusem, rozwijana przez codzienną modlitwę, czytanie Pisma Świętego i zaangażowanie w życiu wspólnoty wierzących. To z kolei powoduje, że w trudnych sytuacjach życiowych, zamiast radykalnych postaw i świadectwa życia chrześcijańskiego, wielu ludzi woli pójść na różne kompromisy...
Jezus jednak doskonale wie, że nie da się żyć, chwiejąc się wciąż na obie strony. On przyszedł rzucić ogień na ziemię i wciąż pragnie, aby ten ogień płonął. Być może, chodzi w tym sformułowaniu o Osobę Ducha Świętego, który zapala płomień wiary w sercach nowych wyznawców Mistrza z Nazaretu i motywuje ich do podejmowania działalności ewangelizacyjnej we wszystkich miejscach gdzie Bóg ich stawia.
Niestety, ten ogień czasami może powodować rozdarcie w naszych rodzinach. Dzieje się tak najczęściej wtedy, gdy ojciec czy matka nie umieją zaakceptować radykalnej drogi duchowej ich syna czy córki, kiedy brat lub siostra wyśmiewają się ze swojego rodzeństwa pragnącego w swoim życiu zachować wiernie przykazania Ewangelii...
Warto jednak przypomnieć, że przed Bogiem każda osoba ponosi indywidualną odpowiedzialność za swoje czyny...