


Adam Dylus /Jezus.com.pl
„Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. A kto by chciał Mi służyć, niech idzie na Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli ktoś Mi służy, uczci go mój Ojciec” (J 12,24-26)
Nienawidzić swojego życia?
Obumrzeć, aby przynieść plon?
Cóż za dziwaczne wymogi!
Czyżbyśmy żyli w cywilizacji zwariowanych masochistów?!
Cóż, niektórzy ludzie żyjący współcześnie tak właśnie sądzą. Mnie wydaje się jednak, że Jezus, mówiąc powyższe słowa, dokładnie wiedział o co Mu chodzi. Czytając bowiem szerzej fragment zawarty w dzisiejszej Ewangelii możemy się dowiedzieć, że wyżej przytoczona wypowiedź została wyartykułowana w bardzo szczególnym dla Mistrza momencie: podczas uczty u Łazarza, która odbyła się zaledwie kilka dni przed śmiercią Pana. To właśnie w czasie tej uczty, „Maria wzięła funt szlachetnego i drogocennego olejku nardowego i namaściła Jezusowi nogi, a włosami swymi je otarła (...) Przechowała to, aby Jezusa namaścić na dzień Jego pogrzebu” (por. J 12,3.7). To właśnie wtedy: dusza Jezusa doznała lęku, lecz On nie prosił Ojca, aby wybawił go od tej godziny, lecz jasno i wyraźnie potwierdził, że przyszedł właśnie na tę godzinę (por. J 12,27)
Jeśliby bowiem Jezus żądał postawy nienawiści do swego życia na tym świecie, (aby zachować je na życie wieczne), jeśliby żądał postawy służby i naśladowania Go, jedynie od swoich uczniów (a należy przypomnieć, że naśladowanie Pana to zaparcie się samego siebie i wzięcie krzyża – por. Mt 16,24; Mk 8,34;), a sam w żaden sposób nie doświadczał tego trudnego i dramatycznego wyzwania, byłby nie tylko niewiarygodny, ale wręcz odrażający.
Jednak On, jak mieliśmy okazję słyszeć nie raz podczas całego Wielkiego Postu: „obarczył się naszym cierpieniem, On dźwigał nasze boleści, a myśmy Go za skazańca uznali, chłostanego przez Boga i zdeptanego. Lecz On był przebity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy. Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas, a w Jego ranach jest nasze zdrowie” (Iz 53,4)
On również, „istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie, uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci - i to śmierci krzyżowej” (Flp 2,6-8).
Jego postawa zaparcia się siebie, uniżenia, pokory, służby, miłości i miłosierdzia przyniosła niewiarygodny plon. Jednym z dowodów jest niewiarygodny wprost rozwój chrześcijaństwa. Gdyby bowiem Jezus żył jak każdy człowiek, gdyby nawet był jakimś nadzwyczajnym nauczycielem i „guru” dla jakiejś grupy osób, gdyby był tylko założycielem nowej religii „upłynęłoby wiele lat, być może nawet stuleci, zanim legenda o jego zmartwychwstaniu zaczęłaby oddziaływać na ludzi. Tak to bowiem jest z mitami, że potrzebują czasu. Tymczasem w tym wypadku od razu po śmierci Jezusa jego uczniowie głosili Ewangelię i oddawali za nią życie. A chrześcijaństwo rozprzestrzeniało się w błyskawicznym tempie: Rzym, Syria, Mezopotamia. Z setek wiernych szybko zrobiły się tysiące i dziesiątki tysięcy” (Piotr Zychowicz, Śledztwo w sprawie pustego grobu, Rzeczpospolita z dnia 11.04.2009 r.).
Ludzie wciąż byli i są zafascynowani postawą Jezusa, który uczy w jaki sposób służyć innym. Na tym wzorcu pokory, miłości i odpowiedzialności, zbudowane zostały całe społeczeństwa. Jeśli w tej chwili przechodzą one kryzys, to nie dlatego, że Jezusowe wartości się zdezaktualizowały, lecz jedynie dlatego, że współcześni ludzie zbyt mocno kochają swoje życie i tęsknią za ułożeniem go nie tyle według planu Mistrza, co według własnych zachcianek. To zaś sprawia, że siane na tej ziemi ziarno jest bardzo kiepskiej jakości i zamiast obumrzeć,... gnije. Na jego miejscu mogą wyrosnąć tylko chwasty, wciąż zresztą dynamicznie siane przez Nieprzyjaciela ludzkości...