


Adam Dylus /Jezus.com.pl
„W tym czasie uczniowie przystąpili do Jezusa z zapytaniem: Kto właściwie jest największy w królestwie niebieskim? On przywołał dziecko, postawił je przed nimi i rzekł: Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Kto się więc uniży jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim. I kto by przyjął jedno takie dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje. Strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych; albowiem powiadam wam: Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie” (Mt 18,1-5.10)
W ubiegłym tygodniu miałem okazję oglądać jeden z odcinków popularnego serialu emitowanego przez pewną komercyjną stację telewizyjną, zaliczanego do tzw. gatunku court show. W tym programie, emitowanym dwa razy w tygodniu, kamera śledzi losy spraw rozstrzyganych przed sądem rodzinnym. Widzowie mogą oglądać różne, w większości oparte na autentycznych sprawach, starcia osób, które nie mogą dojść do porozumienia w kwestiach rodzinnych.
Oglądany przeze mnie ostatnio odcinek wzburzył mnie jednak znacznie bardziej, niż inne. O ile bowiem w pozostałych odcinkach, rozwiedzieni rodzice walczą na przykład o możliwość sprawowania opieki nad dzieckiem (dziećmi), możliwość częstszego spotykania się ze swoimi pociechami lub o podwyższenie zasądzonych wcześniej alimentów, w emitowanym ostatnio odcinku oboje rodzice toczyli zażartą walkę o... pozbycie się obowiązku opieki nad własną córką. Matka dziewczynki, która bardzo szybko zrobiła karierę w instytucjach finansowych i była dyrektorem w jakimś banku, tłumaczyła przed sądem, że... nie ma czasu, aby przy swoich obowiązkach znaleźć jeszcze czas i siły na opiekę nad dzieckiem. Długie godziny pracy, a do tego jeszcze wieczorne spotkania z klientami, bale, uroczyste kolacje, wyjazdy na konferencje nie pozwalają, jej zdaniem, troszczyć się o potrzeby dorastającej dziewczynki.
Podobne argumenty przytaczał ojciec dziecka. Ten młody jeszcze mężczyzna, niedawno nawiązał bliższą znajomość z atrakcyjną kobietą, a jednocześnie otrzymał długo oczekiwaną możliwość zatrudnienia przy produkcji filmów w Warszawie. Te okoliczności, jak tłumaczył na sali sądowej, nie pozwalały mu we właściwy sposób sprawować opieki nad córką, tym bardziej, że przechodziła ona właśnie trudny okres dojrzewania, wymagający, jego zdaniem, częstszego kontaktu z matką
Sędzia prowadzący rozprawę był zdruzgotany przytaczanymi argumentami, które miały go przekonać o niemożności sprawowania opieki nad dzieckiem. Przyznał, że nie spotkał się wcześniej z sytuacją, w której oboje rodzice nie chcieli ponosić ciężaru opieki nad własnym dzieckiem. Po wyjaśnieniu wielu spraw, a w szczególności uświadomieniu ojcu dziecka, że nowy związek budowany z nieodpowiedzialną i wrogo nastawioną do dziewczyny kobietą, jest zagrożeniem dla prawidłowego rozwoju dziecka, sąd zdecydował o utrzymaniu orzeczenia wydanego przez poprzednią instancję (tj. o powierzeniu opieki ojcu).
Kiedy patrzę na dzisiejszą Ewangelię, ze szczególną mocą docierają do mnie zdania wypowiedziane przez Jezusa: „kto by przyjął jedno takie dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje. Strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych”. Patrzę na te szczególne słowa, zarówno przez pryzmat obejrzanego odcinka court show, ale również sytuacji, o jakich słyszę na co dzień, chociażby w mojej pracy. Coraz częściej bowiem zdarza się, że dziecko zapisywane do żłobka pochodzi z wolnego związku (który wcześniej czy później się rozpada), jest samotnie wychowywane (najczęściej przez matkę) lub nigdy nie poznało swoich rodziców (którzy odeszli gdzieś w świat, zostawiając dziecko na przykład pod opieką dziadków). Niestety, skomplikowane coraz bardziej życiorysy dzieci powodują również coraz więcej nieprzyjemnych sytuacji na co dzień, w których zdarzało się nam nawet korzystać z interwencji policji (na przykład, nie tak dawno, ojciec, który miał ograniczone prawa rodzicielskie, próbował wyegzekwować krzykiem i groźbami możli
wość odebrania dziecka ze żłobka, mimo, że nie był do tego w żaden sposób upoważniony).
Patrząc na opisane powyżej sytuacje, uświadamiam sobie, że coraz więcej ludzi gardzi „tymi małymi”... We współczesnym świecie, który promuje postawy konsumpcyjne, coraz więcej ludzi nie ma ochoty przygarnąć żadnego dziecka...
Niestety, jak przypomina dzisiejsza Ewangelia, nie przyjmując dziecka, nie okazując mu szacunku i miłości, nie przyjmujemy de facto Chrystusa i Jego przesłania. W ten sposób okaleczamy zarówno dziecko (ponieważ nie przekazujemy mu najwspanialszej prawdy o Ojcu, który kocha każdego człowieka, niezależnie od jego czynów), ale również nas samych (odbierając sobie możliwość przypatrywania się swoistemu „wzorcowi” uniżenia i zaufania jaki chce postawić przed nami Bóg)...
Wiara chrześcijańska nieustannie przypomina każdemu człowiekowi, że może stać się umiłowanym synem lub córką Ojca w niebie. Każdy bowiem, kto tylko otworzył swoje serce na przesłanie przyniesione przez Jezusa, mógł otrzymać Jego moc i stać się dzieckiem Bożym (por. J 1,12). Z utęsknieniem wyczekuję chwili, gdy po tym życiu, wraz z aniołami w niebie będę mógł się wpatrywać bez końca w Jego oblicze.