


Adam Dylus /Jezus.com.pl
„Jezus przemówił do tłumów i do swych uczniów tymi słowami: Na katedrze Mojżesza zasiedli uczeni w Piśmie i faryzeusze. Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie. Mówią bowiem, ale sami nie czynią. Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć ich nie chcą. Wszystkie swe uczynki spełniają w tym celu, żeby się ludziom pokazać. Rozszerzają swoje filakterie i wydłużają frędzle u płaszczów. Lubią zaszczytne miejsca na ucztach i pierwsze krzesła w synagogach. Chcą, by ich pozdrawiano na rynkach i żeby ludzie nazywali ich Rabbi. Otóż wy nie pozwalajcie nazywać się Rabbi, albowiem jeden jest wasz Nauczyciel, a wy wszyscy braćmi jesteście. Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten w niebie. Nie chciejcie również, żeby was nazywano mistrzami, bo jeden jest tylko wasz Mistrz, Chrystus. Największy z was niech będzie waszym sługą. Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony” (Mt 23,1-12)
Jeżdżąc na różne konferencje i rekolekcje dla rodzin, wiele razy miałem okazję słyszeć nauczanie na temat najważniejszych zasad koniecznych do zastosowania w procesie wychowywania dzieci.
Wszyscy nauczający podkreślali kilka ważnych zagadnień, niezbędnych zarówno w kształtowaniu prawidłowego charakteru młodego człowieka jak i budowania właściwej relacji „rodzic-dziecko”:
Wyżej wymienione sprawy przyszły mi na myśl, szczególnie po przeczytaniu dzisiejszego fragmentu ewangelicznego. W świetle przytoczonych przez św. Mateusza słów Jezusa wydaje mi się, że metody dydaktyczne stosowane przez faryzeuszy i uczonych w Piśmie były (delikatnie mówiąc) chybione.
Jak bowiem można przekazywać innym różnego typu sugestie, zalecenia i wyjaśnienia związane ze stosowaniem Prawa Bożego, kiedy samemu siedzi się na wysokiej katedrze i nie ma żadnego doświadczenia w rozwiązywaniu problemów codziennego życia? Jak można zachęcać innych do przestrzegania Bożych przykazań, jeśli samemu ich się nie realizuje? Jak można zachęcać ludzi do pokornego i uległego życia, skoro samemu zajmuje się tylko zaszczytne miejsca na ucztach i pierwsze miejsca w synagogach?
W tej perspektywie, po raz kolejny wraca do mnie na wskroś pozytywny przykład naszego Mistrza i Zbawiciela Jezusa Chrystusa. On bowiem, „istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie, uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci - i to śmierci krzyżowej” (Flp 2,6-8). Być może uczynił to właśnie dlatego, aby każdy z nas mógł Mu spojrzeć głęboko w oczy i zobaczyć w nich, że tak właśnie „Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne (por. J 3,16).
On nie jest Bogiem dalekim, obcym, oderwanym od problemów człowieka, lecz „doświadczonym we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu” (por. Hbr 4,15). A skoro tak, możemy z ufnością „przybliżyć się do tronu Jego łaski (a nie katedry uczonych w Piśmie i faryzeuszy), abyśmy u Niego otrzymali miłosierdzie i znaleźli łaskę dla /uzyskania/ pomocy w stosownej chwili” (por. Hbr 4,16).