


Adam Dylus /Jezus.com.pl
„Kiedy Jezus nasycił pięć tysięcy mężczyzn, zaraz przynaglił swych uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzali Go na drugi brzeg, do Betsaidy, zanim odprawi tłum. Gdy rozstał się z nimi, odszedł na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, łódź była na środku jeziora, a On sam jeden na lądzie. Widząc, jak się trudzili przy wiosłowaniu, bo wiatr był im przeciwny, około czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze, i chciał ich minąć. Oni zaś, gdy Go ujrzeli kroczącego po jeziorze, myśleli, że to zjawa, i zaczęli krzyczeć. Widzieli Go bowiem wszyscy i zatrwożyli się. Lecz On zaraz przemówił do nich: Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się! I wszedł do nich do łodzi, a wiatr się uciszył. Oni tym bardziej byli zdumieni w duszy, że nie zrozumieli sprawy z chlebami, gdyż umysł ich był otępiały” (Mk 6,45-52)
Niesamowity wieczór, elektryzująca noc...
Oto krótko po rozmnożeniu chlebów, w czasie kiedy apostołowie byli chyba nieźle podekscytowani wydarzeniami w jakich dane im było uczestniczyć, Jezus, jak gdyby nigdy nic, każe im płynąć na drugi brzeg jeziora, a sam pozostaje na brzegu aby oddać się modlitwie. Niestety, przeprawa apostołów przez Jezioro Genezaret, nie jest sielanką. Zrywa się przeciwny wiatr, morze się burzy, a w dodatku, z ciemności nocy, na tafli jeziora zaważają zbliżającą się do nich jakąś postać.
Duch to, czy nie duch?
Zjawa, czy przywidzenie?...
Na szczęście Pan Jezus nie pozostawia ich w rozterce. Wchodząc do ich łodzi i jednym słowem uciszając wicher, oznajmia strwożonym uczniom, że jest człowiekiem z krwi i kości, ale też Bogiem, któremu podległa jest cała natura.
No właśnie!...
Być może opisane dzisiaj zdarzenie ma na celu wyjaśnienie wielu niedopowiedzianych spraw, tak aby nikt z uczniów (i nas czytających to Słowo), nie pozostał w rozterce. Jezus nie chce, aby nasza wiara była jedynie jakimś niewyraźnym doświadczeniem, do końca życia budzącym nasze wątpliwości. On nie chce być postrzegany jedynie jako jakaś niewyraźna, nocna zjawa, która znika w promieniach wschodzącego słońca. Jeśli bowiem w ten sposób traktowalibyśmy naszego Mistrza (i naszą wiarę), całe nasze życie byłoby wciąż trwaniem w lęku i niepewności.
Dlatego też św. Jan w przytoczonym dzisiaj fragmencie listu poucza nas, że „nikt nigdy Boga nie oglądał. Jeżeli miłujemy się wzajemnie, Bóg trwa w nas i miłość ku Niemu jest w nas doskonała. Poznajemy, że my trwamy w Nim, a On w nas, bo udzielił nam ze swego Ducha. My także widzieliśmy i świadczymy, że Ojciec zesłał Syna jako Zbawiciela świata. Jeśli kto wyznaje, że Jezus jest Synem Bożym, to Bóg trwa w nim, a on w Bogu. Myśmy poznali i uwierzyli miłości, jaką Bóg ma ku nam. Bóg jest miłością: kto trwa w miłości, trwa w Bogu, a Bóg trwa w nim. Przez to miłość osiąga w nas kres doskonałości, że mamy pełną ufność na dzień sądu, ponieważ tak, jak On jest [w niebie], i my jesteśmy na tym świecie. W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk” (1 J 4,12-18).
Wydaje mi się, że te słowa nigdy by nie powstały, gdyby Jan nie siedział tego wieczoru w łodzi i nie doświadczył na własne oczy cudu spotkania z Jezusem. Wydaje mi się, że nigdy by nie napisał o Bożej miłości, gdyby nie stanął pod krzyżem i nie zobaczył na własne oczy cierpień i śmierci swojego Mistrza. Nie byłby tak podekscytowany, gdyby nie stanął przy pustym grobie Pana, a w dniu Zielonych Świąt nie został przyobleczony w moc z wysoka...
Żyjąc tymi doświadczeniami, Jan wiedział, że nie musi niczego się lękać. Jego ludzka, ograniczona miłość została ubogacona, przemieniona i nasycona Miłością Pana, w której nie ma żadnych braków.
Podobnie może stać się w życiu każdego z nas...