


Adam Dylus /Jezus.com.pl
„Jezus podążył w stronę Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha. Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem. Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: Odpraw ją, bo krzyczy za nami! Lecz On odpowiedział: Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela. A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: Panie, dopomóż mi! On jednak odparł: Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom a rzucić psom. A ona odrzekła: Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołów ich panów. Wtedy Jezus jej odpowiedział: O niewiasto wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz! Od tej chwili jej córka była zdrowa” (Mt 15,21-28)
Wspomniane w dzisiejszej Ewangelii Tyr i Sydon, w czasach Jezusa Chrystusa były miastami pogańskimi, zamieszkałymi przez nielicznych Żydów (w dodatku należy przypomnieć, że te ośrodki miejskie znajdowały się poza obszarem Izraela). Zresztą dwa tysiące lat temu, były to miasta nie mające już większego znaczenia mimo swojej wspaniałej historii. Trzeba bowiem przypomnieć, że Tyr został założony około 1500 roku p.n.e. choć Herodot twierdzi, że miasto ma swoje początki około roku 2700 p.n.e. Był on głównym ośrodkiem kultu boga Baala-Melkarta. Słynął też z produkcji rzadkiego rodzaju purpury zwanej tyryjską. Poczynając od X w. p.n.e., po splądrowaniu pobliskiego Sydonu, miasto zajęło jego miejsce i stało się głównym ośrodkiem w Fenicji, kolonizującym odległe tereny Morza Śródziemnego. Tyr składał się z dwóch różnych części: skalistej fortecy na stałym lądzie nazywanej "Starym Tyrem" i miastem, wybudowanym na małej, skalistej wysepce około 800 metrów od brzegu. To warowne miejsce było oblegane przez asyryjskiego króla Salmanasara III, którego wspierali Fenicjanie z innych miast przez pięć lat. Królowi Babilonii Nabuchodonozorowi nieudane oblężenie Tyru, po którym musiał zawrzeć kompromisowy pokój, zajęło zaś trzynaście lat (586-573 p.n.e.).
Sydon - położony na wybrzeżu Morza Śródziemnego, ok. 35 km na północ od Tyru - był w starożytności portowym miastem fenickim. Budowano w nim bardzo dobre okręty, produkowano cenione wyroby ze szkła. Obecnie jest trzecim pod względem wielkości miastem Libanu, liczącym około 170 tysięcy mieszkańców (wiadomości na postawie portalu WIKIPEDIA).
Patrząc na zdarzenie opisane w dzisiejszym fragmencie ewangelicznym, mając także na uwadze cały kontekst historyczno-kulturowy tamtych czasów, jestem pełen podziwu dla kobiety, która wyruszyła właśnie z okolic Tyru i Sydonu, aby przynieść swój nierozwiązywalny przez innych ludzi problem, najlepszemu i najskuteczniejszemu Uzdrowicielowi - Jezusowi Chrystusowi.
I choć Ewangelie nie podają dokładnie nazwy miejscowości w której nastąpiło spotkanie Jezusa i kobiety kananejskiej, opis św. Mateusza odsłania pewną, wydaje mi się, bardzo ważną, prawdę duchową.
W szczególny sposób prawda ta wybrzmiewa w dwóch pierwszych zdaniach. Przypominają one bowiem o tym, że Bóg zawsze wyrusza pierwszy na spotkanie człowieka. Jednak (jak sugeruje szczególnie drugie zdanie) do spotkania Stwórcy i stworzenia może dojść tylko wtedy, kiedy człowiek również podejmie inicjatywę i opuści swoje dotychczasowe miejsce pobytu, aby przyjąć łaskę Bożą. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że o ile ktoś kochający ojca lub matkę, syna lub córkę bardziej niż Jezusa, nie jest Go godzien (por. Mt 10,37), o ileż bardziej nie jest Go godzien ten, kto jest przywiązany do swoich nałogów, tradycji, sposobu myślenia, pieniędzy, władzy czy przywilejów?
Aby „skorzystać” z łaski Jezusa trzeba „odciąć się” od tego, co wiąże człowieka (może nawet od środowiska, które „ściąga w dół”) i zrobić krok naprzód.
Na ludzi decydujących się na taki krok wiary (na który zdecydowała się chociażby kobieta kananejska) czeka już Bóg dający łaskę w obfitości...